BAŁKANY 2018 – 00 – Prolog

Wstęp

Długo zastanawialiśmy się jaką ostateczną formę nadać wpisom i całemu blogowi. Opisy wypraw są oczywiście bardzo ciekawe, ale po pierwsze – nie mamy budżetu z gumy i odstęp między kolejnymi wyjazdami musi chwilę trwać, a po drugie wartość dodana takich wpisów też bywa dyskusyjna. Zależało nam, aby oprócz treści lekkich, łatwych i przyjemnych zebrać właśnie tą wartość merytoryczną w postaci naszych porad, przemyśleń i błędów, a także solidnej dawki wiedzy poradnikowej. Poza tym, chcemy opisywać tylko miejsca, w których byliśmy, widzieliśmy na własne oczy i możemy je opatrzyć własnym komentarzem. A Wikipedia i przewodniki turystyczne pójdą w ruch tylko w celu uzupełnienia i potwierdzenia naszych informacji.

Postanowiliśmy w związku z tym spróbować połączyć te dwie części, teoretyczną i praktyczną, w taki sposób, że główną treścią pozostanie esencja tego bloga, czyli nasze wyprawy i ich opisy, a jeśli uznamy, że któreś z miejsc warto opisać szerzej, przygotujemy to w postaci osobnego wpisu. Będzie on zawierał głównie krótkie i treściwe informacje praktyczne, a do wszystkich informacji możliwy będzie dostęp z poziomu wpisów opisowych, oraz bezpośredni, z głównego menu.
Sądzimy, że powinno to zapewnić stały napływ ciekawych i wartościowych treści, a ich ew. deficyt zacznie nas coraz mocniej motywować, aby poderwać cztery litery i zacząć się zbroić na kolejną wyprawę, po kolejne treści.

Przygotowania.

Pomysł tego wyjazdu tak naprawdę kiełkował w nas od dłuższego czasu. Klasyczna forma wypoczynku, czyli siedmio-, lub czternastodniowy wypad, nad mniej lub bardziej ciepłe morze, nigdy do nas nie przemawiał. Człowiek nie zdąży się dobrze uświadomić sobie, że to już jest ten moment, w którym powinien odpoczywać i zacząć ładować akumulatory, a tu nagle okazuje się, że szykujemy się już do powrotu. Problem prawdopodobnie leżał z nas, a nie we wczasach w Juracie, czy innym Jarosławcu, ale tym bardziej zaczęliśmy się z tym czuć mocno nieswojo. Pomysł kiełkował w nas na tyle długo, że zdążył wykiełkować z formy “wyjechać gdziekolwiek” do “bierzemy przyczepę i jedziemy zimą tam, gdzie jest ciepło, na tak długo jak tylko się da!”. To już było coś! 🙂

Niby od pomysłu do realizacji często jest jeszcze długa droga, jedna w naszym przypadku do zorganizowania pozostały tylko takie drobiazgi, jak kupić przyczepę oraz wygospodarować czas i budżet. Czyli w zasadzie tyle, co nic ;). A przynajmniej nic, czego nie dałoby się szybko rozwiązać. Znacie pewnie tezę F. Nietzschego, która głosi, że spoglądając w otchłań, ona również patrzy na ciebie? Ja wierzę, że w drugą stronę działa to również całkiem dobrze. Niektórzy to nazywają Karmą, ja po prostu wychodzę z założenia, że problemy nad którymi nie lamentuje się zbyt długo, prędzej czy później same przyniosą rozwiązanie. Oczywiście często takie sytuacje wymagają pchnięcia kijem w jedną lub w drugą stronę, lecz nie warto przesadzać z nadaktywnością, różne sprawy muszą się czasem potoczyć same.

Szybko się okazało, że największym z problemów u nas, jak i pewnie u wielu z Was, jest czas. Był on co prawda połowiczny (nasza lepsza połowa i tak przebywała na urlopie macierzyńsko-rodzicielskim), ale i tak dość trudny do ogarnięcia w takim wymiarze. W końcu pojawiła się szansa na wyrwanie miesiąca lub dwóch pod koniec lutego (ostatecznie byliśmy w tej podróży ponad 2,5 miesiąca) i nie zastanawiając się długo, wpisaliśmy termin w nasz kalendarz i z hasłem “jakoś to będzie”, zabraliśmy się za kolejny punkt na naszej liście.

Zakup przyczepy od samego początku okazał się dużo trudniejszy niż sądziliśmy, zwłaszcza jeśli chce się to zrobić w grudniu. W skrócie wygląda to tak, że jeździ się od placu do placu, coś tam niby stoi, jakoś to niby wygląda, ale jeśli się spojrzy trochę głębiej widać efekty prac niejednej ekipy “remontowo-budowlanej”. Jeśli kupowaliście kiedyś samochód w komisie to tu analogia jest bardzo wyraźna, z tym że przyczepa na takim placu potrafi kosztować 20-30 tysięcy i więcej, a większość potencjalnych uszkodzeń nie ogranicza się do wymiany płynów i klocków hamulcowych, ale z reguły wiąże się z przerabianiem połowy budki. Nie muszę już chyba dodawać, że często są to naprawy  totalnie nieopłacalne. Tak więc, pokręciliśmy się po kilku placach w okolicy, przejrzeliśmy internet, fora dyskusyne, fejsbuki, gazety branżowe… i nadal nie było niczego sensownego, co mieściło się w naszych wymaganiach. Te nie były jakoś specjalnie wygórowane, chociaż to najważniejsze było bezdyskusyjne. Max 1000 kg DMC, bo tyle wg producenta pociągnie nasz Citroen (jak się później okazało było to dość optymistyczne założenie, no ale…) było granicą, która dość mocno zawężała obszar poszukiwań. W końcu i tu rozwiązanie przyszło samo, pożaliłem się trochę tą historią znajomemu, a ten stwierdził, że może nam odsprzedać swoją przyczepę, bo i tak planował zmienić na większą. Przyczepa kupiona, problem rozwiązany, przechodzimy do ostatniego punktu!

Wakacje w marcu? Idealna aura na camping! 🙂

Zanim jednak, zrobimy mała dygresję dlaczego kupno, a nie wynajem i przyczepa, a nie kamper.
Wynajem, naszym zdaniem, jest świetnym rozwiązaniem o ile korzysta się z niego krótko i sporadycznie. Tutaj w grę wchodziło minimum 1,5 miesiąca, więc licząc bardzo optymistycznie, koszt wynajmu otwierałby się kwotą rzędu 6000 zł. Nawet gdybyśmy nie mieli budżetu pozwalającego na zakup, prawdopodobnie lepszym dla nas rozwiązaniem byłoby kupno na kredyt przed sezonem i sprzedaż po powrocie, w szczycie sezonu. Mógłby z tego jeszcze wyjść niezły biznes 🙂 Kampera przez chwilę rozważaliśmy, ale nie ma się co oszukiwać, koszty w tym przypadku są już dużo większe, przede wszystkim zakupu, potem ubezpieczenia, serwisowania, itp. itd. Zdecydowaliśmy, że przyczepa na początek będzie więcej niż OK!

No, a kasa? Ten problem też rozwiązał się w zasadzie sam, a potem rozwiązywał się jeszcze kilkukrotnie już podczas wyjazdu. Budżet różnymi sposobami udało się dopiąć nawet z nawiązką, a najbliższym czasie uzupełnimy ten wpis szczegółowym podliczeniem. Zobaczycie, że nie taki diabeł straszny 🙂

Całość przygotowań zajęła nam niecałe 3 miesiące. Część problemów, na szczęście,  rozwiązywała się sama na bieżąco, a my mogliśmy się skupić na rzeczach dla nas ważnych i istotnych. Niestety, ekspresowe tempo ograniczyło nam trochę czas, który mogliśmy poświęcić na przedwyjazdowy research, ale jak się później okazało, dodało to tej wyprawie tylko swoistego kolorytu i dużej dozy spontaniczności.

Wybór kierunku wyjazdu był już wtedy wisienką na torcie i przyszedł nam dość naturalnie. Szukaliśmy kierunku, w którym na początku marca zacznie się już robić poważnie ciepło, a otoczenie pozwoli na odrobinę odpoczynku od codziennych problemów. Grecja i ogólnie kierunek bałkański wydał nam się dość oczywistym wyborem i jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę!

Pozostało nam tylko pozamykanie wszystkich bieżących spraw, uzupełnienie sprzętu i przygotowywanie się do wyprawy!

Taki widok z rana wynagradza wszelkie trudy!

Następna część: 01 – Wszystko źle

Oceń wpis

Read Previous

GRECJA – praktyczne informacje

Read Next

Camping ATREUS

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *