Olimpia była dla nas dość oczywistym przystankiem na Peloponezie. Symbol Grecji i miejsce rozkwitu jej kultury. Budzi zachwyty i rozbudza wyobraźnie. I to za jedyne 12€ od osoby ;). Co prawda, chętniej spędzamy czas na łonie natury niż w miastach i muzeach, ale w tym przypadku postanowiliśmy spróbować połączyć te fakty. Początkowo naszą uwagę przykuły dwa lokalne kempingi: Alfios i Diana. Ostatecznie jednak nie zdecydowaliśmy się zostać ze względu na warunki, a zwłaszcza ceny (25 lub 30€ /doba). Postanowiliśmy więc zakotwiczyć najpierw na jednym z parkingów, pozwiedzać trochę okolicę i poczekać na rozwój sytuacji. A także rozejrzeć się za jakimś miejscem noclegowym.

Olimpia, to oprócz stanowisk archeologicznych (które już opisywaliśmy tutaj – Olimpia, Grecja), w zasadzie jedna główna ulica wypełniona hotelikami i sklepami z pamiątkami. Tereny dawnych igrzysk są trochę za duże, aby wszystko na spokojnie pozwiedzać w jeden dzień (optymalnie ok. 4h) i ruszyć dalej, można tu więc wybrać się na wieczorny spacer, znaleźć coś na ząb, kawiarnię, czy właśnie pamiątki spod znaku pięciu złączonych kół.

My postanowiliśmy zrobić najpierw mały rekonesans po okolicy, a na tereny olimpijskie wybrać się kolejnego dnia z samego rana. Przyczepę zostawiliśmy na parkingu pod opieką pary francuzów i zniknęliśmy na jakąś godzinę. Po powrocie ze spaceru francuzów nie było, był za to radiowóz 🙂 Panowie zaczęli tłumaczyć, że obowiązuje tu zakaz postoju i należy się mandat (chyba 100 € ?) . Ostatecznie porozumieliśmy się, że stoimy tu od niecałych dwóch godzin, czyli krócej niż przebywa się na terenie stanowisk archeologicznych, a przyczepę odpięliśmy dla optymalizacji miejsca, czyli w zasadzie wszystko zgodnie z prawdą. Zamiast mandatu dostaliśmy więc ultimatum: “kemping albo za miasto”. Okazało się, że podobny los spotkał wszystkich którzy planowali zatrzymać się na jednym z parkingów, a policja dostawała regularne zgłoszenia (ze zdjęciami!) od lokalnego ORMO z informacją kto i gdzie stoi. Nam to tylko ułatwiło decyzję odnośnie noclegu, ruszamy za miasto 🙂 Początkowo planowaliśmy zatrzymać się w jednej z pobliskich winnic, ale jakieś 500 metrów od poprzedniej lokalizacji znaleźliśmy utwardzony dziki parking, gdzie po rozmowie z obsługą pobliskiego hotelu postanowiliśmy spędzić noc. Tym razem już bez problemów.

Przed nami ostatni dzień na Peloponezie… 🙁 Gabrysia była zdecydowanie bardziej zainteresowana obiektami zewnętrznymi, przez muzeum więc w zasadzie tylko przelecieliśmy. Mimo dość drogiego wstępu (od pewnego czasu niemal wszystkie tego typu atrakcje w Grecji kosztują 12€ dla osoby dorosłej i 6€ w przypadku biletów ulgowych) było warto. Teren jest olbrzymi i całkiem nieźle utrzymany. Mi osobiście jedynie brakowało trochę lepszych wizualizacji pierwotnych obiektów, gdyż momentami trzeba było uruchomić naprawdę ogromne pokłady wyobraźni, ale jak na Grecję i tak jest całkiem nieźle 🙂 Zdecydowanie warto odwiedzić przynajmniej raz!

Potrzebowaliśmy znów trochę odpoczynku od cywilizacji, więc na kolejny nocleg upatrzyliśmy sobie na mapach dziką miejscówkę w malutkiej zatoczce, już za Peloponezem. Do celu mieliśmy mniej niż 3 godziny, postanowiliśmy więc wprowadzić małą komplikację w tej podróży. Jedną z bardziej nieoczywistych atrakcji Grecji jest najdłuższy w Europie most wantowy, łączący Peloponez z Grecją kontynentalną. Więcej o samym moście przeczytacie tutaj: most Rio-Antirio w Grecji. Dość ciężko się go jednak ogląda po prostu po nim przejeżdżając, postanowiliśmy więc skorzystać z przeprawy promowej, która jeszcze do niedawna była główną metodą transportu między miejscowościami Rio i Antirio. Oczywiście jak to w Grecji, oznaczenie tylko do portu, dalej radź sobie sam 🙂 Wjechaliśmy więc na pierwszy wolny prom i czekaliśmy na rozwój sytuacji. Przeprawa nadal jednak działa dość sprawnie i na drugim brzegu byliśmy po ok. 35 minutach, mimo że wjechaliśmy jako pierwsi, na pusty prom. Sama przeprawa to ok. 20 minut i koszt 11€, czyli niecałe 50% ceny mostu.

Na kolejne dwa dni zakotwiczyliśmy w małej zatoczce niedaleko miasteczka Kato Vasiliki. Miejsce otoczone z 3 stron skałami tworzy swoistą enklawę i idealnie nadaje się na spokojny przystanek w podróży. Nie byliśmy tu zresztą sami, miejsce jest dość popularne wśród kamperowców. Szczególnie miło wspominamy parę Niemców w dość już sędziwym wieku, w towarzystwie których Gabrysia postawiła swoje pierwsze kroki 🙂 W tym miejscu pierwszy raz w życiu mieliśmy też okazje obserwować rój świetlików, które upatrzyły sobie pobliskie zarośla.






