Bałkany 2018 – 06 – Koniec, a jakby początek

Plan naszego wyjazdu był, przynajmniej w teorii, prosty. Ogarniamy do końca lutego wszystkie możliwe dzieciny życia, tak aby wyrwać się na trochę dłużej i jedziemy tak daleko na południe jak tylko się da; tam siedzimy dopóki nam się nie znudzi, ew. temperatury nas nie przepędzą. Jako cel wybraliśmy, trochę chyba nawet przypadkowo, grecką miejscowość Foinikounta i położony w jej pobliżu camping Thines.

Camping Thines
Camping Thines

Decydując się na takie rozwiązanie, kierowaliśmy się kilkoma względami. Po pierwsze, najłatwiej nam było zorganizować w tym okresie trochę wolnego czasu na dłuższą wyprawę. Po drugie, wiosna na Peloponezie jest naprawdę przepiękna – przed wyjazdem oczywiście snuliśmy tylko domysły, teraz to wiemy na pewno. Słońce już grzeje, ale dokładnie tak jak trzeba, jest przyjemnie i ciepło, ale jeszcze nie nieznośnie. Roślinność! (te kwitnące sady pomarańczowe…) Po trzecie, to jedno z lepszych doświadczeń turystycznych. Wszędzie gdzie się pojawiasz, jesteś jak jaskółka zwiastująca zbliżający się sezon. Lokalsi czują już gdzieś w powietrzu apogeum ruchu turystycznego, ale mają w sobie jeszcze tyle świeżości aby poświęcić Tobie trochę (niewymuszonego) czasu. W końcu, po czwarte, ceny. Nie ma co ukrywać, że za równowartość dwóch-trzech tygodni w szczycie sezonu, przeżyjecie wczesną wiosną nawet dwa miesiące. Wybrany przez nas kemping przy dłuższych, “zimowych” pobytach, liczył sobie do 12 euro za parcelę. Czyli ok. 50 zł dziennie i 1500 zł w skali miesiąca. Jeśli kiedyś przejdziemy na emeryturę to już wiemy, gdzie (i jak) ją spędzimy 🙂

Peloponez kitesurfing

Wracając jednak do meritum, opuszczając Porto Kagio widzieliśmy, że zbliżamy się powoli do celu naszej wyprawy, czyli właśnie Foinikounty i nie mieliśmy za bardzo pomysłu jak odwlec ten moment w czasie. Z drugiej strony dotychczasowe doświadczenia uświadomiły nas w poczuciu, że w takich wyprawach, nie chodzi tak na prawdę o cel, tylko o samą drogę, a zamiast punktu końcowego pojawił nam się po prostu kolejny przystanek na naszym szlaku.

Sama trasa między tymi miejscowościami to było chyba najbardziej porąbane 180 km na całej naszej wyprawie. Oczywiście przepiękna, ale przynajmniej między Porto Kagio, a Kalamatą nie było chyba jednego odcinka, gdzie droga byłaby w miarę prosta i bez nachylenia. Góra, dół, lewo prawo. Na zmianę i w różnych kombinacjach. A w między czasie wąskie uliczki nadmorskich miasteczek. Z jednej strony trzeba się skupić maksymalnie na drodze, a z drugiej “aaaaa!! te widoki!!. (Tak, było warto 🙂)

peloponez
Droga wzdłuż półwyspu Mani

Po drodze pojawił się jednak kolejny malutki problem – w Grecji to był akurat okres świąt Wielkanocnych, a my lekko źle obliczyliśmy ich dni wolne od pracy. Po poprzednich noclegach nasze zapasy były już na wykończeniu i planowaliśmy zahaczyć po drodze o jakiegoś Lidla. I nawet mijaliśmy je po drodze, oczywiście zamknięte 🙂 Było to odrobinę problematyczne, gdyż chcieliśmy zostać na kempingu ok. tygodnia, a w promieniu jakichś 30 kilometrów można było doświadczyć jedynie małych, lokalnych sklepików. Jest to zawsze jakaś opcja, ale ceny bywają w nich o 20-40% wyższe, a i asortyment często pozostawia sporo do życzenia.

Po dwóch, czy trzech dniach wykorzystaliśmy to jednak jako okazję do odwiedzenia Kalamaty. Przy okazji zakupów pokręciliśmy się trochę po nabrzeżach i odwiedziliśmy park zrobiony ze starej bocznicy kolejowej. Byliśmy pod niezłym wrażeniem tego miejsca, gdyż nie często spotyka się tak udany przykład rewitalizacji terenów poprzemysłowych. Szczególnie w Grecji 🙂

Kalamata
Kalamata – park z dawnej bocznicy kolejowej

Jeśli natomiast chodzi o nasz pobyt w Foinikouncie to spędziliśmy tam łącznie 7 dni. Planowaliśmy wyjechać dzień wcześniej, ale trafiliśmy na front z wiatrem znad Sahary. Wiało tak, że ciężko było ustać na nogach, temperatura ok. 40 stopni (połowa kwietnia) i wszędzie czerwony piasek. Raczej średnie warunki do jazdy z przyczepą 🙂

Foinikounta
Foinikounta

W między czasie zastanawialiśmy się, czy faktycznie dalibyśmy radę wytrzymać w tym miejscu miesiąc lub dwa. Konkluzja była chyba taka, że w przypadku możliwości pracy zdalnej i jako alternatywa do siedzenia w zimnej Polsce, zdecydowanie tak. Jako jedyne miejsce docelowe na wyjazd wakacyjny, raczej nie. I nie chodzi tu nawet o samą miejscowość, lokalizację, czy kemping, bo to pod niemal każdym względem było super – kemping bardzo przyjemny, położony przy samej plaży, 15 minut pieszo do centrum, miasteczko przytulne… raczej o to, że Peloponez w całości nas tak zachwycił, że na pewno byłoby żal przejechać taki kawał drogi i zatrzymać się tylko w jednym miejscu. Nie mniej, spotkaliśmy kilka osób, które spędzały w ten sposób zimę, łącznie z codziennymi kąpielami w morzu 🙂

Foinikounta
Foinikounta

Na nas znów przyszła pora, tym razem postanowiliśmy ruszyć w kierunku Olimpii, która była naszym ostatnim przystankiem na Peloponezie.

Bałkany 2018 – 06 – Koniec, a jakby początek
5 (100%) 7 vote[s]

Read Previous

Bartula My Olive Garden camp

Read Next

Samochodem na WĘGRY