Bałkany 2018 – 05 – Porto Kagio

Kierując się na Porto Kagio od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że nie znajdziemy tam żadnego kempingu i trzeba będzie coś zaimprowizować. To była w zasadzie jedyna rzecz jaką wiedzieliśmy o tym miejscu, no może jeszcze, że jest tam ładnie i że jest to ostatnia plaża Peloponezu na którą da się wjechać na kołach. No jak to, skoro jesteśmy już tak daleko to chyba logiczne, że trzeba tam zajrzeć, prawda? Poza tym, w Mykenach niesamowicie wypoczęliśmy i zrobiliśmy się już głodni kolejnych przygód 🙂

Peloponez - Półwysep Mani
Peloponez – Półwysep Mani

Do celu mieliśmy niecałe 70 km, czyli jakieś 2 godziny drogi. Pewną niewiadomą było cały czas pytanie, czy to nie przesadnie górzysty krajobraz dla naszego auta (dla przypomnienia, 115 KM i 150 Nm), ale nie ma co gdybać, dojedziemy to się dowiemy :). Po drodze pojawiły się jednak dwa kolejne problemy kwestie do rozwiązania. Trochę optymistycznie założyliśmy, że wzdłuż naszej trasy na pewno znajdziemy bankomat oraz stację z LPG. W portfelu mieliśmy tylko kilkanaście euro, a po naszej butli w przyczepie zaczynał powoli hulać wiatr. No dobra, nie było tak źle, bo w zanadrzu mieliśmy jeszcze karty płatnicze i zapasową butlę 3kg, ale to już jednak była opcja awaryjna. Oczywiście nie znaleźliśmy ani jednego, ani drugiego, ale właściwie widoki na tej trasie powodowały, że musiałbym chyba wjechać w tę stację, aby jej nie przegapić 🙂
Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na chwilę przy Vathii, czyli jeszcze do niedawna niemal opuszczonym mieście kamiennych domów-wież.

Peloponez - Vathia
Peloponez – Vathia

Sama droga nie była nawet taka zła, standardowo dwójka pod górę, trójka w dół i dwie godziny zleciały 🙂 Ciekawie zaczęło się robić dopiero pod sam koniec, ostatnie 3 kilometry to długi podjazd i jeszcze dłuższy i bardzo stromy zjazd. Końcowe 300 metrów to w zasadzie jazda niemal stromo w dół i zastanawiając się jak stąd w ogóle wyjedziemy, obserwowałem tylko pogłębiające się nachylenie drogi. Na ew. nawrotkę było już jednak zdecydowanie za późno 🙂

Porto Kagio

Porto Kagio to bardzo spokojna i przyjemna zatoczka. Kiedyś podobno był tu jakiś zamek, obecnie mieści się kilkanaście (kilkadziesiąt?) domów mieszkalnych wciśniętych pomiędzy zatokę, a zbocze góry, w większości oferujących albo jakąś małą gastronomię, albo miejsca noclegowe (w łącznej ilości sztuk trzydzieści pięć). Uli, którego za chwilę poznacie, podczas naszego pobytu odwiedził to miejsce drugi raz, po niemal trzydziestu latach przerwy. Ostatnim razem trafił tu trochę przypadkowo swoją łodzią i gdy zaczął się skrzykiwać z kimś na lądzie jedyną rzeczą, której się dowiedział to “płyń dalej, nic tu nie ma” 🙂 Obecnie, jest jednak dużo lepiej, szczególnie w porze obiadowej kręci się tu nawet dość sporo turystów. Ok. 13.00 zjeżdżał zazwyczaj autokar (na improwizowanym parkingu po sporej gimnastyce zmieściły się maksymalnie trzy), turyści wysypywali się do lokalnych knajpek, a następnie ok. 16.00 miejsce zaczynało znów pustoszeć.

Główny problem polegał na tym, że dotarliśmy tam w sobotę, dokładnie o 13:19. Wjeżdżając tu w tym czasie, szczególnie z przyczepą, jest zazwyczaj tylko moment na znalezienie miejsca do parkowania. Siła rozpędu górki zepchnęła nas już poniżej tego improwizowanego parkingu (stały tam zresztą dwa autokary) i chcąc nie chcąc znaleźliśmy się na kamienistej plaży. Ta miała szerokość ok. 5-7 metrów i była jednocześnie główną drogą wioski 🙂 Długo nie myśląc, zatrzymaliśmy się w pierwszym możliwym miejscu, na tyle blisko brzegu, aby zostawić przejazd, jednocześnie na tyle daleko, by zminimalizować możliwość ew. podmycia. Ponieważ było tu już i tak dość gęsto, pierwsze co zrobiliśmy po zatrzymaniu to odpięliśmy przyczepę i postanowiliśmy ją ręcznie obrócić, przygotowując sobie odwrót na wypadek gdyby woda zaczęła się jednak podnosić.

Porto Kagio

Chyba już pisałem o Grekach, że są spoko i w ogóle? Jeszcze porządnie nie zdążyliśmy chwycić dyszla, a podbiegła do nas parka z pytaniem o pomoc. Oczywiście z niej skorzystaliśmy, szybko rozłożyliśmy podpory i złapaliśmy wreszcie chwilę oddechu, aby zrobić mały rekonesans po okolicy. Od momentu gdy znaleźliśmy się w połowie zjazdu z tej góry to był w zasadzie pierwszy moment wytchnienia 🙂 Jak zwykle mieliśmy sporo szczęścia, bo dosłownie 20 minut później okolica zapełniła się na tyle, że nawet rower byłoby ciężko postawić. Z lekką dozą niepewności, mając z tyłu głowy kilkanaście euro w portfelu i resztę gazu w butlach, zacząłem tylko spoglądać na mega stromy podjazd, który czeka nas w drodze powrotnej… 🙂

Procedury już mieliśmy rozpracowane, czyli obiad Gabi, coś na ząb dla nas, w przerwie pewnie ze trzy zmiany pieluchy i czas wolny. Przynajmniej do kolejnego posiłku i zmiany pieluchy 🙂 Przez ten czas, ludzie powoli zaczęli znikać, autokary odjeżdżać, a w ich miejscu pojawiło się to coś:

Wóz wyprawowy na bazie Mercedesa LN814 4×4 z końca lat 80 tych. Jak się później okazało, wnętrze auta jest zrobione w całości na styl marynistyczny (poprzedni właściciel miał firmę remontującą łodzie), z litego drewna, co sprawa, że jego masa własna to grubo powyżej 8 ton (średnie spalanie 25-27 litrów ropy). Wysiadł z niego nasz tymczasowy towarzysz podróży – Uli.

Uli był w podróży od ponad 11 lat. Sporo czasu, podobno spędził w Afryce, a obecnie wracał po półrocznym przemierzaniu Krety. W Porto Kagio znalazł się trochę przypadkiem, jak już wiecie, wpadł zobaczyć miejsce do którego zabłądził łodzią 30 lat temu 🙂 Siłą rzeczy spędziliśmy ze sobą trochę czasu, głównie na rozmowach i zdobywaniu okolicznych wzniesień.

Udało nam się uruchomić zapasową butlę gazową, znaleźć tawernę, która przyjmowała płatność kartą i gdyby nie widmo tego paskudnego wzniesienia do pokonania w drodze powrotnej, zrobiło się całkiem sielankowo. Dowiedziałem się też, że jak Grecy piją ouzo i że ten trunek może być nawet całkiem pijalny 🙂

W końcu przyszło nam się zmierzyć z drogą powrotną. Wiedzieliśmy, że wyjazd będzie możliwy tylko wcześnie rano (czyli gdzieś do 9:30 ;)), gdyż potrzebowaliśmy do tego odpowiedniego rozpędu, a ten z kolei mogliśmy tylko uzyskać ustawiając się przyczepą obok auta Uliego, na wprost do wyjazdu. Gdyby pojawiły się tam inne auta – czekamy do następnego dnia. Trochę otuchy dodał mi fakt, że Uli ma całkiem spory zapas mocy i mam w razie czego zjechać maksymalnie do krawędzi drogi, zawołać go i razem coś wymyślimy. Jak przystało na porządnego kierowcę rajdowego, tuż po 8:00 wykonałem najpierw okrążenie testowe samym autem, aby dokładniej wyczuć nachylenie i wszystkie zakręty. 🙂 W końcu podejście było tylko jedno i ewentualna cofka też nie bardzo wchodziła w grę, jedyna deska ratunku – Uli. O ile się zmieści obok. Po 10 minutach manewrów udało się zawinąć przyczepę tak, jak trzeba… Latający Potworze Spaghetti – prowadź! Największa trudność była w tym, aby dać w palnik dokładnie tyle, ile trzeba. Aby wykorzystać maksymalnie moc startu i jednocześnie nie dopuścić do zakręcenia się przednich kół. Oprócz dwóch nadprogramowych obrotów w połowie wzniesienia, udało się dokładnie tak, jak miało być 🙂 Oczywiście całe wzniesienie na pierwszym biegu, ale z każdym kolejnym zakrętem braliśmy coraz większy oddech 🙂 Przygoda fajna, jednak znów z kategorii tych na jeden raz ;). Chociaż do samego Porto chętnie jeszcze wrócimy!

Bałkany 2018 – 05 – Porto Kagio
4.9 (98.18%) 11 votes

Read Previous

5 najbardziej odizolowanych plemion na świecie

Read Next

Jak pić Ouzo?

2 Komentarze

  • Heh, bardzo fajnie czyta się wasze relacje. Musicie przyśpieszyć bo już pora planować i realizować kolejny wyjazd.

    dajcie trochę więcej dat i np temperaturę – aby łatwo było się w tym połapać w przyszłości.
    ceny w knajpie przed sezonem ?

    pozdrawiam

    • Cześć, dzięki za dobre słowo, tym bardziej że do wyjazdu przekonały nas również Twoje rady z forum.karawaning.pl 🙂 Świetny pomysł z dodatkowymi informacjami. Będziemy to uwzględniać w kolejnych relacjach.
      Ceny w knajpach niestety bez różnicy z głównym sezonem, 8-10 euro na osobę to minimum za posiłek. Na plus zaskoczyły nas jednak ceny kempingów, te zawsze były poniżej stawek i średnio wychodziły 15 euro/doba.

  • No to pochwalcie się jak piją ouzo? Mnie ouzo podchodzi. Czyste średnio ale ze spritem już całkiem całkiem. Oczywiście muszę ponarzekać 🙂 Kiedy kolejna część? Pozdrowionka.

    • Do nas ouzo przemawia najbardziej wymieszane 50/50 tylko z lodem. Dobre gatunkowo ouzo, podane w ten sposób to nawet dla mnie było coś zaskakującego 🙂 Zdecydowałem się coś od razu skrobnąć na ten temat: https://nawakacje.eu/jak-pic-ouzo/ 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *