BAŁKANY 2018 – 04 – Jesteśmy na wczasach… ;)

Mykeny w kontekście dotychczasowej podróży to był dla nas zupełnie inny świat. Perypetie związane z pogodą, serbska policja, ośnieżone bułgarskie serpentyny, kilka ostatnich nocy na dziko… Oczywiście dzisiaj to wszystko wspominamy bardzo dobrze, ale wtedy byliśmy już odrobinę zmęczeni. I nagle trafiliśmy do Myken. Wioski, która ma pewnie niewiele więcej niż 300 mieszkańców, gdzie, szczególnie poza sezonem, czas stoi w miejscu. A dookoła piękny krajobraz Peloponezu.

Dotarliśmy tam na samym początku kwietnia, także mieliśmy do dyspozycji niemal pusty kemping, kwitnące drzewa pomarańczowe tuż za płotem i dużą dawkę słońca 🙂 Każdy dzień rozpoczynaliśmy od spaceru do jedynego sklepu w wiosce, gdzie zaopatrywaliśmy się w świeży chleb (był dostępny tylko w określonych godzinach), jaja i kozi ser. Potem albo wybieraliśmy się do któregoś z okolicznych miasteczek (miejsca, które warto odwiedzić na Peloponezie), ew. na spacer po okolicy, albo po prostu oddawaliśmy się słodkiemu nicnierobieniu na kempingu 🙂

Sam kemping opisywaliśmy już tutaj: Camping ATREUS, jednak ciekawostką dla nas było, że właściciel znał sporo Polaków, i to nie byle kogo! Otóż jednym z gości był swego czasu Kazimierz Górski, który trenując greckie kluby, przede wszystkim Panathinaikos AO, przebywał tu jakiś czas. Znane mu było również nazwisko “Jaruzelski”, ale to bardziej w kontekście ludzi, który ukrywali się w okolicach m.in. podczas stanu wojennego. Bardzo ciepło wspominał także polskich robotników pracujących w latach 70. i 80. przy zbiorze pomarańczy. Lepszych podobno nie było, a przy okazji wzbogacili jego słownictwo o kilka ojczystych zwrotów (tak, dobrze się domyślacie, jakich) 😉

Pod koniec naszego pobytu wybraliśmy się jeszcze zwiedzić pobliskie stanowiska archeologiczne, czyli kolebkę kultury greckiej i coraz bardziej dojrzewaliśmy do myśli, że może już czas ruszyć dalej. Trochę z rekomendacji, trochę chyba dziełem przypadku, jako kolejny cel wybraliśmy Githio, czyli miasteczko u wrót półwyspu Mani (środkowy paluch Peloponezu).

Nie zabawiliśmy tam jednak szczególnie długo, a na pewno krócej niż się spodziewaliśmy. Miasteczko, jak miasteczko. Ładne, chociaż kemping (Gythion Bay) był ulokowany dość daleko od centrum i nie było opcji, aby wybrać się tam pieszo. Poza tym, na samym kempingu niemiłosiernie cięły komary. Ale to tak, że czasem na skórze zabijaliśmy po kilka-kilkanaście na raz! Zmotywowało nas to jednak, aby trochę aktywniej spędzić ten czas i oprócz samego Githio, postanowiliśmy na jeden dzień cofnąć się trochę w głąb półwyspu i odwiedzić Mistrę, czyli niezamieszkałe już, ufortyfikowane miasto średniowieczne (polecamy!!).

W między czasie dowiedzieliśmy się, że na końcu tego półwyspu jest piękna zatoka i ostatnia plaża, do której da się dojechać na kołach – Porto Kagio. Podobno dojazd jest trochę ciężki, ale warto. Nam dwa razy nie trzeba było powtarzać, Google Maps, prowadź! 🙂 Ale to już znów trochę dłuższa historia… 😉

BAŁKANY 2018 – 04 – Jesteśmy na wczasach… 😉
5 (100%) 8 votes

Read Previous

Mostar – czas leczy rany?

Read Next

Subiektywny ranking 5 najciekawszych jarmarków bożonarodzeniowych

2 Komentarze

  • Fajnie ale za krótko 😉 Częściej relacje poprosimy 😉 Pozdrawiamy.

    • Obiecujemy poprawę! Kolejna część już się piszę! 🙂

      • No i jak tam idzie z kolejną częścią? Nie to, że marudzę ale już prawie miesiąc 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *