BAŁKANY 2018 – 01 – Wszystko źle

Poprzednia część: 0 – Prolog

Mimo, że wyjazd zaplanowaliśmy pierwotnie na koniec lutego, liczyliśmy się z możliwym przesunięciem tego terminu. W końcu trzeba było pozamykać wszystkie sprawy na miejscu, odpowiednio się przygotować i śledzić pogodę na trasie. Założenia były dobre, jednak praktyka okazała się dużo trudniejsza niż teoria. Ostatecznie kilka rzeczy nam się trochę przeciągnęło i udało się ruszyć dopiero 16 marca. Mimo, że u nas temperatura była trochę poniżej zera, przegląd trasy wyglądał obiecująco:

  • Brno (Czechy)
  • Belgrad (Serbia)
  • Skopje (Macedonia)

Pogoda bardziej niż wiosenna, cóż więc może się nie udać?

Przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze zmienić opony na letnie i w drogę. Pierwszym celem było Brno, w którym planowaliśmy zostać przez weekend. Mieliśmy zapas czasu, więc postanowiliśmy zrealizować dość osobliwy pomysł pt. “sprawdzimy czy da się przejechać przez Czechy bez winiety”. Wybraliśmy więc trasę przez Kłodzko, a potem drogą nr 43 do samego Brna. Pierwsze problemy pojawiły się kilkadziesiąt kilometrów za granicą. Z jakiegoś powodu nasza droga została zamknięta, bez sugerowanego objazdu. Co dziwne Google Maps nic nie wiedziało na ten temat i pchało nas usilnie w kierunku szlabanu. My, chcąc nie chcąc, skręciliśmy w niemal polną drogę, w przeciwnym wypadku musielibyśmy się cofać ponad kilkadziesiąt kilometrów. A ponieważ od naszego wyjazdu z domu niemal cały czas lekko prószył śnieg mieliśmy idealny przedsmak tego, co nas spotka w kolejnych dniach…

Do Brna dojechaliśmy lekko spóźnieni, ale szczęśliwi z nadzieją, że najgorsze już za nami. Planowaliśmy ruszyć dalej w niedzielę, jednak jeszcze w weekend temperatura zaczęła drastycznie spadać, dochodząc nocą do nawet -7 st. Trochę nam się to nie kleiło z przyczepą, letnimi oponami i perspektywą trasy nad Balaton. Dodatkowo znajomi, u których się zatrzymaliśmy, mieszkają na dość sporym wzniesieniu, które bywa oblodzone i ostatecznie stwierdziliśmy, że jesteśmy uziemieni dopóki pogoda się nie zacznie poprawiać.

Przy lekkim “plusie” udało nam się ruszyć dopiero we wtorek (19.03). Niestety zimny front obejmował całą naszą trasę i zdecydowaliśmy wstrzymać się jeszcze ze spaniem w przyczepie. Poprzez booking.com udało nam się znaleźć bardzo fajne miejsca i postanowiliśmy dwa dni zostać na Węgrzech, w Siofoku, a kolejne dwa w serbskim Golubacu.

Siofok
Siofok przed sezonem

W Siofoku oczywiście turystów jak na lekarstwo, ale absolutnie nam to nie przeszkadzało. Na dodatek przez ten krótki pobyt zdążyliśmy się na tyle zauroczyć Balatonem, że postanowiliśmy koniecznie wrócić tam na dłużej w drodze powrotnej.

Niestety cały czas wisiało nad nami fatum pogodowe, bo mimo delikatnego ocieplenia na Węgrzech, temperatura w Serbii mocno nas niepokoiła:

Początek dalszej drogi mijał jednak bardzo przyjemnie, wręcz sielankowo. Oczywiście, jechaliśmy poza autostradami, podziwiając piękne węgierskie krajobrazy.

Do Serbii wjechaliśmy małym przejściem granicznym i momentalnie poczuliśmy się jak na filmie o polskiej wsi z lat 50-tych. Z jednej strony ten koloryt i lokalny folklor był na swój sposób ciekawy, jednak po 20 kilometrach jednego wielkiego wyboju zaczęło się to robić trochę denerwujące. Jak się później okazało, to były jednak najmniejsze problemy, które nas w tym dniu spotkały…

Pierwszy problem, na pozór błahy, spotkał nas w najbliższym bankomacie. Ile pieniędzy wypłacić? Przed wjazdem zapomnieliśmy sprawdzić kurs, internetu brak, o kantorze nawet nie myślę. Najlepsze rozwiązanie, które nam przyszło do głowy to sprawdzenie w sklepie spożywczym ceny 2l Coca Coli 🙂 Wszędzie kosztują mniej więcej 4-5 zł, więc pomnożymy to przez 50 i starczy na tankowanie oraz zostaną nam jakieś drobne na jedzenie. Ostatecznie wypłaciliśmy 10 000 dinarów, co było równowartością ok. 350 zł.

Zmęczeni lokalnymi drogami postanowiliśmy jak najszybciej dostać się do autostrady, którą nie zdążyliśmy się jednak specjalnie nacieszyć, gdyż zaraz za pierwszymi bramkami zostaliśmy zatrzymani do kontroli policyjnej. Jako, że wyglądaliśmy dość turystycznie (chociaż ciężko wyglądać inaczej z podpiętą przyczepą kempingową), problemów nie było końca. A to dokumenty, a to auto, “DALEJ NIE JEDZIESZ”.

Wiedziałem jak to się musi skończyć, a ponieważ zaczynało się robić późno, w aucie spała 9-miesięczna Gabrysia, a my mieliśmy do przejechania jeszcze ok. 150 km, moja kieszeń stała się lżejsza o pozostałe po zakupach i tankowaniu dinary. Dodatkowo straciliśmy na tym postoju dobre pół godziny i sytuacja pogodowa zaczęła się mocno komplikować.

Na wysokości Belgradu skomplikowała się do tego stopnia, że śnieżyca uniemożliwiała jakąkolwiek jazdę, koła zaczęły tracić przyczepność, a wycieraczki nie nadążały zbierać śniegu. Jedynym rozsądnym wyjściem był zjazd na pierwszą dostępną stację benzynową.

A żeby było śmieszniej to był jeden z czterech śnieżnych dni marca z największymi opadami całej zimy!!

  • 23 marca 2018
  • 23 marca 2017 – tak w tym miejscu było dokładnie rok wcześniej

Fajnie, co? 🙂

Mimo przejściowych problemów z uruchomieniem ogrzewania w przyczepie, ostatecznie udało nam się nagrzać wnętrze do 20 stopni i spędzić noc w zimowej aurze na stacji benzynowej pod Belgradem.

Rano sytuacja uległa znaczącej poprawie, służby drogowe udrożniły przejazd i postawiliśmy ruszyć w dalszą drogę.

Pobyt u państwa Jenic, którzy mają swój motelik pod zamkiem, tuż nad brzegiem Dunaju był zdecydowanie najjaśniejszym punktem naszej serbskiej przygody! Na tyle zachwyciliśmy się tym miejscem i gościnnością gospodarzy, że postanowiliśmy przygotować o nim osobny wpis, który już niedługo tu podlinkujemy. Tymczasem, jeśli będziecie w okolicy, szczerze to miejsce polecamy!

A zanim wrócimy do dalszego marudzenia, spójrzcie jakie samochody jeżdżą po Serbskich drogach. W kontekście naszego “mandatu” pozostawię to bez komentarza 🙂

Jako, że w Serbii patrol policji stoi prawie co 10 kilometrów, a my nie mieliśmy ochoty dzielić się więcej naszym budżetem, dalszą drogę postanowiliśmy odbyć przez Bułgarię, rezygnując tym samym z wizyty w Macedonii. Przed samym wyjazdem pomogliśmy jeszcze pewnej Holenderce tłumaczyć rozmowę z serbskim wulkanizatorem – tuż pod naszym motelem wylądowała wynajętym autem z rozciętą przez spadający kamień oponą. Jak się okazało, dwa dni intensywnej nauki serbskiego przy odpowiedniej ilości rakiji były do tego zupełnie wystarczające :).

Będąc już prawie na ostatniej prostej do Grecji czekała nas jednak jeszcze jedna przeprawa – przez Bułgarię. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że będziemy jechać mniejszymi drogami i musimy poświęcić na to trochę więcej czasu, ale ostatecznie najwięcej problemów przysporzyły nam te, na pozór, najlepsze drogi. Tutaj mam dla Ciebie zagadkę, którą drogę z Montany do Sofii wybierzesz?

Jeśli tak jak my, drogę 81, to lepiej nie rób tego zimą 🙂 . Tuż za Montaną lekko nas zdziwiło, że cały tranzyt idzie o połowę dłuższą drogą numer 1, ale szybko się dowiedzieliśmy dlaczego. Już pal licho, że droga na zmianę robiła się asfaltowa i szutrowa, ale z każdym kilometrem rosła wysokość n.p.m. a wraz z nią temperatura zaczęła gwałtownie spadać i ostatecznie z +4 zrobiło się -4. Za okna wrócił dobrze już nam znany, zimowy, krajobraz… tym razem w połączeniu z mgłą i krętymi, górskimi serpentynami…

Była to jedna wielka, czerwona i soczysta wisienka na torcie naszej podróży. 100 kilometrowy odcinek do Sofii jechaliśmy prawie 4 godziny, a w między czasie zdążył już zapaść głęboki zmrok. Szczęśliwie, pod Sofią znaleźliśmy nawet całkiem nowoczesną stację benzynową, na której postanowiliśmy przenocować.

Tym samym dobiegł końca zimowy odcinek naszej trasy i wiedzieliśmy, że dalej może być już tylko lepiej!

BAŁKANY 2018 – 01 – Wszystko źle
5 (100%) 4 vote[s]

Read Previous

Albański duet wypoczynkowy – Ksamil i Saranda

Read Next

ATENY w jeden dzień

2 Komentarze

  • Dobra robota! Czekam na ciąg dalszy 😉 Pozdrowienia

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *